niedziela, 6 stycznia 2013

Home Alone


    Już w połowie listopada rozpoczyna się celebrowanie Bożego Narodzenia w Japonii. Po kilku dniach z każdej wystawy uśmiecha się do nas Św. Mikołaj, a na ulicach pojawiają się świąteczne drzewka, przystrojone wielobarwnymi światełkami. Wydaje się to być zaskakujące, ale Japończycy obchodzą to chrześcijańskie święto powszechnie i z entuzjazmem. Z racji wyznawanej w Kraju Kwitnącej Wiśni religii nietrudno się jednak domyślić, że tylko dla znikomego procentu Chrześcijan (0,7 % populacji) jest to święto religijne. Odpowiedź na tę kwestię jest prosta: komercjalizacja i względy czysto handlowe. Nieznajomość religijnego znaczenia tych świąt, zupełnie nie przeszkodziła Japończykom przejąć i nieco przekształcić tradycyjne Boże Narodzenie na swój sposób.  Nie obchodzi się go tutaj jak u nas, rodzinnie, z najbliższymi. Co więcej dzień ten (25.12.) traktowany jest tutaj jak Walentynki (!). Młodzi, samotni Japończycy wręcz nie przepadają za tym świętem, często spędzając je w pracy. Nie jest to bowiem  dzień wolny, a jedyną wyróżniającą go od innych tradycją jest zakup tak zwanego kurismasu keeki (fonetycznie „christmas cake”) i drobnych prezentów dla dzieci. Wigilię świętują głównie zakochani, dla których jest to dobra okazja, by poprosić ukochaną o rękę, czy wyznać uczucia. Nic więc dziwnego, że w tym czasie popularne restauracje pękają w szwach, a zdobycie stolika bez rezerwacji praktycznie graniczy z cudem.



     W Japonii znacznie ważniejszy jest ostatni dzień roku. 28 lub 29 grudnia Japończycy zaczynają wielkie porządki, a 31 grudnia szturmują centra handlowe i sklepy, przygotowując się do noworocznej, bardzo uroczystej kolacji. Tym razem przy stole gromadzi się najbliższa rodzina, aby następnego dnia rano wspólnie udać się do świątyni na modlitwę.

                                ***

    Dla nas tegoroczne święta były szczególne – pierwsze takie spędzane z dala od domu. Mimo, że dookoła dzwoniły dzwoneczki, migotały światełka i przygrywały amerykańskie kolędy, nam kompletnie nie chciało się świąt. Zapewne dni te przeszłyby bez echa lub nawet, w japońskim stylu, w pracy, gdyby nie niesamowita przesyłka lotnicza z Polski. 21 grudnia do Tsukuby zawitał Jarek (mąż Madzi H.)! Ku naszej ogromnej radości przywiózł ze sobą nie tylko walizkę wypchaną po brzegi polskimi smakołykami, ale też całą magię i atmosferę świąt. Wigilię spędziliśmy więc wspólnie, w trójkę, przy japońsko-polskim stole. Oprócz polskiego barszczu i pierogów (japońskich) z grzybami, były też owoce morza, sushi, opłatek, prezenty, kolędy i tradycyjnie „Kevin sam w domu”.
Pewnie nie zdarzy nam się już jeść kolacji wigilijnej pałeczkami;)







tradycyjna dekoracja świąteczna












Home Alone ;)

Maria-san i Jezus-kun :)

1 komentarz:

  1. Ale słodko, widać, że mieliście szczęśliwe święta:) W sumie to fajnie mieć takie doświadczenie, tutaj było tradycyjnie, czyli kompletne wariactwo, wszędzie durne piosenki, pełno ludzi, korki w mieście. Prezenty kupowałam przez dobrych kilka dni, a ich pakowanie zajęło mi 3 godziny... W przyszłym roku muszę się lepiej zorganizować. Ale w sumie było fajnie, bo sportowo i bez przeżarcia ;)

    OdpowiedzUsuń